niedziela, 7 kwietnia 2013

Do trzech razy to nie sztuka



Ileż to swoich, oficjalnych, triumfalnych rocznic świętowało Kłamstwo Katyńskie?

Ale jaka część społeczeństwa w nie, od samego początku uwierzyła?

Inni ludzie, powiadają, a łagodniejsza w obecnych czasach presja łatwiej na wierzch przyrodzone lub wyuczone skurwysyństwo wydobywa. Bezwzględna przemoc potrafi czasem nawet na samym dnie ludzkiej nędzy znaleźć heroizm, a ten miewa moc sprawczą detonatora reakcji łańcuchowych.

Smutek i znikąd nadziei?

Niekoniecznie.

Wówczas wyrżnął nam elitę wszechpotężny i nieosiągalny Wróg, bez mała świat cały, który o tej zbrodni wiedział, nic nie powiedział, a prawdziwego sprawcy - dopóki sam Jelcyn się nie przyznał - nigdy nie potępił. Lokalni jego namiestnicy tylko w liturgii Kłamstwa uczestniczyli, z biegiem lat coraz mniej intensywnie, coraz częściej mrugając porozumiewawczo i milcząco wskazując palcem nie tam, gdzie oficjalna wersja nakazywała.

Dzisiaj bardzo wiele wskazuje na to, że jeśli doszło do zbrodni, polskojęzyczni dysponenci III RP uczestniczyli w niej od samego początku. Albo jako współorganizatorzy i naganiacze, a następnie mataczący i zacierający ślady. Albo jako główni sprawcy.

A to zmienia prawie wszystko.

Nie musimy wywoływać III Wojny Światowej, aby osądzić winnych i świadomość tego zaczyna torować sobie drogę nawet do najbardziej zatwardziałych w samozachowawczym tchórzostwie czy obojętności.

Nawet bowiem jeśli do zbrodni nie doszło, rozumują ci, którzy rozumować jeszcze się nie boją, choć od popierania braci Kaczyńskich zawsze było im daleko, to bezmiar zaniedbań i działania na szkodę Polski, a w interesie obcych jest już po stronie naszej władzy tak wielki, że bezwzględnie zasługuje na kryminał.

Natomiast stroniących od używania mózgu bezradność i "nieprofesjonalizm" potykających się o własne kłamstwa i decyzyjną impotencję władców III RP coraz częściej, zwyczajnie wkurwia.

Nie Kłamstwo Smoleńskie jest więc wyzwaniem i prawdziwym przeciwnikiem, z którym trzeba walczyć. W Katyniu oskarżano o mord Niemców, a po II Wojnie Światowej wszyscy wiedzieli, że właściwie nie było zbrodni, jakiej by się ta nacja nie dopuściła.

Teraz, próbując oskarżać o spowodowanie tragedii pilotów (przy trwającym od kilkudziesieciu lat kulcie pilotów wojskowych w polskim społeczeństwie), albo obdarzonego niespodziewanym instynktem samobójczym Prezydenta, doprowadzono już do tego, że w oficjalną wersję wierzy coraz mniej ludzi. Może nawet mniej od sondażowego poparcia dla PO.

Prawdziwym przeciwnikiem są Polską obecnie rządzący. Nie Rosja, bo jeśli nawet uznamy, że obecny rząd i pałac prezydencki tworzą jej lokaje i agentura, to co z tego? Przecież Polska, każda, a zwłaszcza ta prawdziwa, z wielką chęcią usadowiłaby taką, polską agenturę w Moskwie. Jeśli nie potrafimy się rządzących, ulegających obcym wpływom pozbyć, nie protestujmy i nie wypłakujmy się przed obcymi ambasadami, bo to nas tylko przedstawi jako niespełna rozumu i ośmieszy.

Radzę w związku z tym bardzo dokładnie przyglądać się wszystkim, zwłaszcza deklarującym się jako ultranarodowcy, którzy we wszystkich sprawach, dotyczących polskich relacji z Rosją, zamiast protestować przed Kancelarią Premiera, nawołują do demonstrowania przed rosyjską ambasadą. Oprócz zwykłych głupców, są wśród nich bowiem i ci, którzy w pełni świadomie powierdzają w ten sposób i akceptują rosyjską nad Polską dominację.

Pilnujmy w związku z tym win już potwierdzonych i potwierdzanych niemal co miesiąc nową porcją kłamstw, aroganckiej bezczelności i służalczości wobec obcych.

Nie dajmy się uwodzić poprzebieranym w "nasze" mundury z ruskiego demobilu, którzy próbują zawodzić, że - tak czy owak, ale bedziemy musieli w końcu poprzeć Tuska, bo to w obecnej sytuacji jedyny gwarant jakiejkolwiek opcji "prozachodniej". Chyba taki gwarant, jak Obama - Wolnego Świata. Obawiam się, że wolnego od Polski.

Dajmy się prowokować. Tak, dokładnie w ten sposób - dajmy się prowokować. Z pełną świadomością, że owe priowokacje to "wrzutki", "przykrywki", słowem działania odciągające uwagę od tego, co akurat władza chce ukryć lub zdeprecjonować,

Naprawdę, w naszej sytuacji nie wolno marnować tej porcji adrenaliny, wkurwienia i ochoty, że chciałbyś jeśli już komuś nie przyładować, to chociaż co zrobić, jakie wzbudzają w nas prowokacje.

Tylko próbujmy ją wykorzystać w sposób zaskakujący lub odmienny od założeń prowokującego.

Przykłady z ostatnich dni. Żądania "zwrotu" 65 miliardów dolarów przez organizacje żydowskie i instytucje izraelskie to nie powinien być powód to ataku na Żydów. O to prowokującym wlaśnie chodzi, a w końcu ja też mogę założyć sobie organizację, która będzie się domagała 100 miliardów od Chin za najazdy Mongołów.

Więcej, nie powielając absurdów żądań żydowskich, na przykład 100 miliardów od Niemiec i 50 miliardów od Rosji, oraz - czemu nie - 10 miliardów od państwa Izrael.

Tych dwóch pierwszych żądań tłumaczyć nie trzeba, a co do ostatniego - niech to będzie rekompensata za zbrodnie na polskim społeczeństwie, dokonane komunistów żydowskiego pochodzenia, z których wielu to państwo na swoim terenie, choniąc ich od ekstradycji ukrywało i ukrywa.

Tak więc ja intencje żądających rozumiem i nawet w pewnym stopniu podzielam.

Problemem jest wyłącznie reakcja na owe żądania naszych wladz. To od nich trzeba bezustannie domagać się wyjaśnień i jasnego stanowiska. Nawet tylko zmuszając do uników i nic nie deklarujących deklaracji. Już tylko to, trafiając do opinii publicznej, wywoła dostatecznie dużo dymu, na którym prowadzącym całą operację i montującym prowokację wcale nie zależy. Nie ma bowiem czegoś takiego, jak antysemityzm wobec "szabes goja". A w każdym razie w wojnach propagandowych to nie jest prawie nic warte.

Kolejny przykład to "rura jamalska" wrzucona akurat parę dni przed kolejną rocznica Smoleńska. Znów ten sam schemat. Nienawiść w stronę Rosji, to ona wszystkim rządzi, przecież w Smoleńsku... A chłoptasie od Tuska? Szmaty, gnojki, ale oni nic nie mogą. Przecież nikt pętaków w krótkich portkach wieszał nie będzie. Hajda pod ruską ambasadę!

Niestety, dał się na to nabrać PIS, szykując się na kolejną, bezsensowną, sejmową debatę na ten temat. Co kto wie, nie wie, zapomniał, napisał, wydał instruklcje, ale tajne, nie można ujawnić, i tak dalej, i tym podobne. A media odpowiednio to wszystko spreparują, pokazując, jak to pyskacze z PIS, kierując się zagranicznymi fobiami, blokują już wszystkie, nawet te potencjalnie rozważne i opłacalne rozwiązania i umowy.

Nie da się prowadzić takiej walki, nie formułując jasno jej celu. A celem nie jest wyjaśnienie czegokolwiek, bo tutaj wyjaśnić cokolwiek będzie mógł dopiero uczciwy prokurator lub specjalna komisja parlamentarna w polskim, podkreślam polskim Sejmie. Skoro wiemy, a wiemy, że są to złodzieje, działający w dodatku w obcym interesie, to jedynym celem może być ich demaskacja.

A tego po pierwsze nie wolno robić na ich terenie i na ich warunkach, bo przyniesie efekty przeciwne do zamierzonych. Co więc należy zrobić? Na to pytanie powinni opozycji w takim kraju jak III RP odpowiedzieć wynajęci w tym celu najlepsi fachowcy. I na pewno tych odpowiedzi nikt nie może udzielać publicznie.

Ja tylko powiem, że od tej całej "debaty sejmowej" i kolejnych "wniosków o dymisję" więcej pożytku byłoby moim zdaniem z szybkiej kwerendy po dobrych satyrykach i plastykach (są i tacy, którzy obecnie rządzącej ferajny, a zwłaszcza ich rusofilnego liżydupstwa nie kochają), mającej na celu kilka, kilkanaście plakatów czy rysunków na Marsze 10 kwietnia i do wrzucenia do Internetu.

Na przykład - Donald na Rurze Jamalskiej odlatujący z Moskwy do Nigerii.

Na razie tyle.

I na koniec zapamiętajmy - trzy lata to jeszcze nie dojrzałość, ale już bez pieluch i na stojąco, w postawie wyprostowanej.
 
 

sobota, 30 marca 2013

Błogosławionych Świąt Wielkiej Nocy

Aby wszystkie dni po niej były lżejsze i lepsze.

I abyśmy na nie zasłużyli.

Zmartwychpowstańcy internetowych, krzyżowych ścieżek.

:)

Alleluja!
 
 

niedziela, 24 marca 2013

AK - Antysemickie Kanalie

Montaże i kombinacje propagandowe to już nie jest wyłącznie jednolity, zagłuszający wszystko ryk ulicznych szczekaczek i identyczne nagłówki wszystkich gazet czy portali internetowych. Czasami, coraz częściej zaczyna grać orkiestra lub big band, wykorzystujące polifonię lub podchwytujące wątki i rywalizujące ze sobą głosy solowe.

Niemiecki, trzyczęściowy serial historyczny pod tytułem "Nasze matki, nasi ojcowie", którego niedawno obejrzało w niemieckiej telewizji ponad 21 mln widzów (olbrzymi sukces frekwencyjny) tak przykładowo opisuje jądro ideologiczne i charakterologiczne Armii Krajowej (mówi Akowiec)j:


Oczywiście, że Niemcy nie odważyliby się na to jeszcze 25, a nawet 10 lat temu, ale teraz? Mają przecież na czym się wzorować - patrz chociażby intensywne propagowanie w Polsce i w Niemczech Grossa z jego kłamstwami, czy ostatnio "Pokłosie". Skoro Polacy "sami się do tego przyznają", to dlaczego w niemieckim filmie telewizyjnym dla masowej widowni jedynymi w zasadzie antysemitami nie mogą być polscy partyzanci?

Tym bardziej, że prawdopodobnie już wkrótce ubecki reżyser Pasikowski nakręci film o Koniuchach, w którym bracia Bielscy wyrzynają Polaków w akcie samoobrony przed antysemicką, sfanatyzowaną bandą. Akt okrutny, ale cóż, wojna z antysemityzmem to nie jest saloniowe zabieranie polskiej gęsi niepotrzebnych jej pieniędzy.

Tak więc, to nie zachowanie Niemców zaskakuje, ani powinno przykuwać szczególną uwagę. Na wyjątkową koncentrację zainteresowania zasługuje natomiast rekcja tzw. "polskich" władz, które poprzez ambasadę przeciwko takiemu pokazywaniu polskich partyzantów zaprotestowały. Ciekawe, że jest to protest dopiero na opisujący film artykuł w niemieckim "Bildzie" i w dodatku zawierający dosyć specyficzne sformułowania. Na przyklad -

"Pisanie o "głęboko zakorzenionym" antysemityzmie w Armii Krajowej, jest mówiąc delikatnie ogromnym uproszczeniem, a teza, iż wschodnioeuropejski antysemityzm ułatwił nazistom mordowanie europejskich Żydów jest fałszywa."

Jak widać, z kontekstu dość wyraźnie wynika, że jest to raczej protest przeciwko przesadnej skali zarzutów, a nie przeciwko ich kierunkowi.

Tym niemniej, "protest" jest w polskojęzycznych mediach reklamowany. Ma on, na niezwykle bulwersującym przykładzie (Niemcy oskarżają Polaków z AK o antysemityzm) ukazać władze jako obrońców polskości, twardo przeciwstawiających się niemiecki przekłamaniom i propagandzie.

Te same władze, które jak wiemy, nie skąpiły publicznych pieniędzy na "Pokłosie" i wieloma swoimi zachowaniami oraz wypowiedziami przyczyniły się do narastania niemieckiej bezczelności w szukaniu współwinnych, oskarżaniu innych i wybielaniu siebie z odpowiedzialności za Holokaust i wojenne zbrodnie.

Oprócz zwykłego alibi, "no przecież co innego oni mieli zrobić?", takie postępowanie zwiększa wiarygodność władzy, gdy ta hojnie sypnie publicznymi pieniędzmi na przykład, na wspomniany wyżej film o Koniuchach.

Albo, co w tym wszystkim jest chyba najistotniejsze, gdy rozpocznie publiczne negocjacje o "zwrocie 65 miliardów dolarów" za utracony w Polsce, na jej obecnych i przedwojennych terenach, majątek żydowski.

Zagranicą już chyba każdy jest przekonany, że wszystko to zrabowali antysemiccy Polacy, i wszystko muszą oni sami oddać.

Pozostaje jeszcze sparaliżowanie opinii opublicznej w Polsce.
 
 

czwartek, 14 marca 2013

Niech zstąpi Duch


Najłatwiej pisać o faktach bez znaczenia, które mogą zmienić Porządek Rzeczy.

Najłatwiej i zarazem najtrudniej.

„Ile dywizji ma Papież?”

„To czysty przypadek, że akurat podczas pontyfikatu Jana Pawła II runął berliński mur i skończył się komunizm w postaci dotąd powszechnie znanej”

Liturgiczny obrządek wokół pierwszego pytania zostawiam wyznawcom autora tej wypowiedzi.

Drugi przejaw racjonalizmu niech pozostanie z kolei domeną ludzi – ich zdaniem – zbyt inteligentnych, aby z nimi na ten temat dyskutować.

Skupmy się na Duchu.

Często zapominamy, że prawdziwy Duch, nie zawsze święty, bo do świętych nam zazwyczaj bardzo daleko, a i wśród – ich zdaniem - niewierzących Duch potrafi czasem zasiać ziarna o zadziwiających owocach, jest po prostu niezniszczalny.

Choćbyśmy zgromadzili nie wiem jak dużo pieniędzy lub dywizji, zawsze mogą one stracić na wartości, zdezerterować lub w końcu przyjdzie ktoś, kto ma ich więcej. Prawdziwego Ducha nie złamie i nie pokona nic i nigdy.

Nie da się go sprzedać ani kupić, można natomiast przekazać i przyjąć, choć to ani łatwe, ani dla każdego dostępne. Po zaszczepieniu, o ile się przyjmie, da się go jednak pielęgnować, rozwijać i krzepić jak najczęstszym używaniem.

Bo Duch, dokładnie tak samo jak umysł i ciało, nieużywany więdnie. Zmarnowany rozum i ciało otwierają drogę chorobom, zmarnowany Duch – piekłu.

I jeśli komuś się wydaje, że to drugie może straszyć wyłącznie po śmierci i wyłącznie osoby wierzące, to bardzo mu współczuję, bo prawdopodobnie ma już objawy zbyt rzadko lub niechlujnie używanego umysłu.

Nie zapominajmy więc o pielęgnacji i jak najczęstszym używaniu. Możemy zacząć od całkiem małego Duszka i skupić się na jakimś lokalnym, niewielkim Diabełku.

Nie oczekujmy natychmiastowego zwycięstwa, nagród i apanaży. Naszym sukcesem będzie to, że Duszek właśnie urósł o kolejne kilka milimetrów. Nie zapominajmy jednak o pułapce pychy, bo to nie Duch jest dla nas, ale my dla Niego. I to on, gdy w końcu przyjdzie właściwy, przez niego wybrany czas, poprowadzi nas do statecznego triumfu.

No dobrze, spyta ktoś zniecierpliwiony, ale co z tego wszystkiego dla naszej zwykłej codzienności, narastającego zniecierpliwienia, furii wreszcie, dla naszego tu i teraz, nic zupełnie?

I tu wracamy do początku tego tekstu.

Nawet jeśli ktoś zamierza poruszać się wyłącznie w kręgu zdarzeń przypadkowych, i chce być choćby minimalnie wobec siebie uczciwy, nie będzie w stanie odpowiedzieć, że - „nic zupełnie”.

A cóż dopiero ktoś, kto zdaje sobie sprawę, że Duch bez planu to jak Absolut z Czarną Dziurą w czaszce. Robi wrażenie na propagandowych plakatach lub w równie propagandowych, „naukowych” książkach, i nic więcej.

Racjonalistyczne „zabijanie Ducha” to w gruncie rzeczy jedynie ośmieszanie, dezawuowanie i oduczanie ludzi współistnienia z Nim i pielęgnacji jego śladu w nich samych, co z definicji Absolutu również jest częścią jego planu.

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, ale też nikt nie pozwolił nam bezkarnie torturować siebie nieustającymi próbami zabicia Nieśmiertelnej Nadziei.

środa, 13 marca 2013

Inko, Inko, Inko...

Dziewczyno niezwykła.
 
Wspaniała.
 
Z innego świata, w którym można przegrać, nawet zginąć, ale nigdy nie wolno stracić nadziei i nie zostawić świadectwa.
 
W którym te muzealne, jak teraz mówią, wartości dawały tak wielu to jasne, olśniewające spojrzenie i nie pozwalały, aby Zło nas obezwładniało, a jedyną miarą naszej wartości był handel.
 
Czy ten świat jeszcze w nas istnieje?
 
Chciałbym w to wierzyć, ale pewnie skurczył się do obszaru, znaczonego krwią ze zużytych podpasek, porzuconych przez uciekające stąd weszki, pchły i peszki, lub zdrapywanego pomalowanymi na biało-czerwono paznockiami na oszronionych szybach.
 
Patrzysz na nas z góry, wszystko widzisz.
 
I mam tylko nadzieję, że się nie porzygasz.
 
 

piątek, 23 listopada 2012

Nic po nim?

No i mamy kolejną aferę z Arturem Nicponiem w roli głównej. Tym razem z reklamą jego skinheadowego emploi w otoczeniu gdańskich mebli na czołówkach portali, tytułowych stronach gazet i w głównych wydaniach telewizyjnych wiadomości. Jak to się skończy, jeszcze nie wiadomo. Na razie jest wielce prawdopodobne, że Nicpoń wyleci z PIS.

Co o tym wszystkim sądzić?

Poziom "sporu" między głównymi od lat antagonistami w Polsce, a więc zwolennikami wyżynania się o koryto także we własnym stadzie oraz tymi, którzy zdają sobie sprawę, że bez wydzielenia i ochrony tego, co wspólne, a także bez obrony stada przed agresją z zewnątrz, raczej prędzej niż później wszyscy znikniemy z powierzchni ziemi, już dawno temu - Bartoszewski, Palikot, Niesiołowski, Cyba, Smoleńsk - przekroczył poziom zwykłego bandytyzmu. I to bandytyzmu uprawianego słowem oraz czynem przez jedną tylko ze stron.

W blasku podpalanej przez palikotów stodoły, to wszystko co wypisuje Nicpoń jawi się czasem pieśnią skauta o poranku. No bo porównajmy - "Zastrzelimy i wypatroszymy Jarosława" w zestawieniu z "Czy można by urządzić referendum na temat zastrzelenia Tuska?". Pamiętając cały czas, ze ci pierwsi mają na koncie, co najmniej swoich, dokumentowanych co chwila, marzeń i intencji, morderstwo Rosiaka oraz Smoleńsk.

Ba, ktoś zaraz powie, ale myśleć sobie, nawet pisać, byle na wlasne konto, to jedno, ale wstępować do PIS, jak Nicpoń, a potem dawać propagandzie taki pretekst do ataku na PIS i Kaczyńskiego?

No i tutaj zaczynają się prawdziwe schody, bo na ten dylemat nie ma łatwej odpowiedzi, a sposoby rozumowania, które do niej prowadzą, są w dużym uproszczeniu dwa.

Albo wierzymy w istnienie w Polsce, nawet ułomnej, chorej, ale wciąż dającej jakąś nadzieję na "kartkową wolność" (od kartki wyborczej) demokrację, albo nie.

W pierwszym wypadku sprawa jest dość prosta. To co robi od dwóch lat Nicpoń, który po wstąpieniu do PIS i rozreklamowaniu tego faktu, założył zdobywającą szybko popularność stronę internetową i zaczął tam, jak to się mówi "jechać po bandzie", to albo skrajna głupota, albo działalność mająca świadomie zaszkodzić PIS i Kaczyńskiemu. Niezależnie od ostatecznego celu owej szkody, o czym później. I niezależnie od używanych przez Nicponia kontekstów, stylistyki czy poetyckich licencji.

Go to Hell, jeszcze jeden korwinowski (Nicpoń przyznaje, że był przez wiele lat miłośnikiem UPR) agencie!

Sprawa się komplikuje dla tych, którzy w demokrację w Polsce po 1989 r. nie wierzą. Dla których, to co obserwujemy od ponad 20 lat, to niemal wyłącznie, z krótkimi przerwami, jednokierunkowy proces systematycznego zdzierania tandetnej atrapy demokracji z obozowego baraku, w którym w rzeczywistości mamy z wszami i po wsze czasy zamieszkać. Nawet gdyby w tym baraku bywała, od czasu do czasu, ciepła woda i stereofoniczne (DTS?) kołchoźniki.

To są ci wszyscy, którzy nawet jeśli są zwolennikami demokracji, czyli olbrzymia większość, uważają, że demokrację w Polsce, choćby w tej wyśmiewanej, zachodnioeuropejskiej postaci, trzeba sobie dopiero wywalczyć. Kto wie, czy nie z narażeniem własnej, indywidualnej wolności, zdrowia, a może nawet życia.

Wielu z nich drażni potulne kultywowanie przez Kaczyńskiego legalizmu, opartego o prawo stanowione - i nieprzestrzegane, kiedy tylko ma ona na to ochotę - przez rządzącą Polską mafię. I choć nie zawsze wiedzą, co wlaściwie Kaczyński powinien robić zamiast tego, prawie nie ma wśród nich zwolenników barykad i rewolucji za wszelką cenę, to jednak czują, że stosunki PISu z trupem demokracji a la III RP pachną dewiacją oraz olbrzymim marnotrawstwem energii i środków.

Bo wiedzą na pewno, że "demokracja" medialnej jaczejki, postkomunistycznej, Państwowej Komisji Wyborczej oraz ruskich serwerów wszelkie tego typu wysiłki wchłonie jak czarna dziura.

Bo domyślają się, że niezależnie od tego, co Kaczyński powie czy nie powie, zrobi czy nie zrobi, tresowana hałastra wścieknie się na Tuska nie dlatego, że pozwolił na Amber Gold, ale za to że dopuścił do ujawnienia tej sprawy i pozwolił na wygrażanie brudnym, opozycyjnym paluchem nawet synowi Pomazańca.

Nie za to, że zamieniono czyjeś zwłoki, ale za to że dopuszczono do ekshumacji i powtórnych pogrzebów. Że jacyś tam prokuratorzy pojechali z urządzeniami badać ten nieszczęsny wrak samolotu i coś tam, kurwa, wykryli.

I tak dalej.

Wszelki powrót do jedynej, akceptowanej przez nich polityki wobec opozycyjnych "Żydów III RP", zawartej w krótkim, kapralskim - "Spierdalaj!!!" - budził i wciąż budzi ich niekłamany entuzjazm.

Jaki jest rozkład tych dwóch grup, nazwijmy ich entzujastami i sceptykami, w elektoracie który nas interesuje, a więc wśród ludzi po prostu zainteresowanych Polską?

Oczywiście, dominują entuzjaści.

Która z tych grup jest bliżej prawdy o Polsce AD 2012 R.?

Moim zdaniem sceptycy.

Od czego należy zacząć lecznie lub naprawę czegokolwiek?

Od właściwej diagnozy. Od stanięcia oko w oko z rzeczywistością i zmierzenia się z faktami, a nie naszymi, choćby najszlachetniejszymi urojeniami.

No i najważniejsze. Jeśli nawet te fakty są tak miażdżące, jak w ocenie sceptyków, nie wolno dopuścić, aby odebrały wiarę w sens i chęć działania.

Tym bardziej, ze w miarę zbliżania się do celów III RP, walka z wrogami władzy zaostrza się bezustannie. Oswajanie wszystkich z delegalizacją PIS, Trybunał Stanu dla Kaczyńskiego, kryminał dla Macierewicza. Tak, wiem że tej władzy nie udaje się właściwie żadna, bardziej skomplikowana operacja poza aktami indywidualnej przemocy i terroru.

No i złodziejstwo. Tylko, że tu jest sytuacja na poziomie stada szczurów, stojących naprzeciwko rozwalajacej się stodoły, wypełnionej podziurawionymi workami ze zbożem. Czasem się szczurki, ku uciesze okradanych, poubiera w śmieszne czapeczki, czasem każe polatać dziecinnym balonikiem, a czasem część z nich poprzebiera za koty.

I to jest cała logistyka.

Jednak przeprowadzić na przykład coś na kształt stanu wojennego, skoro wysypują się na prościutkim montażu z Brunobomberem?

No właśnie, i tu jest Nicpoń pogrzebany.

Bo o ile aresztowanie pojedyńczych przywódców może być dla rządzących zadaniem do wykonania, to zmierzenie się z odpowiednio dużą liczbą zdesperowanych, pewnych swego ludzi, świadomych, że żadne, oficjalne struktury w sytuacji skrajnego zagrożenia w niczym im nie pomogą, już niekoniecznie.

Czy to co robił Artur Nicpoń było jedynie osłabianiem PIS, czy kosztownym dla wszystkich, w tym także dla ćwiczącego ten proceder, ale w sumie potrzebnym wylewaniem wiadra amoniaku pod nosy zacnych, acz otumanionych wpatrywaniem się w słupki popularności, pokażą najbliższe 2-3 lata, a może nawet miesiące.

Pod warunkiem, że Nicpoń po ewentualnym wyrzuceniu z PIS, nie zacznie natychmiast atakować Kaczyńskiego i swojej, bylej partii. I próbować na przykład zakładać własne, "właściwe" ugrupowanie.

Bo wtedy od razu wszystko będzie jasne jak drut, obciągany Spawaczowi przez elektryka Bolka.
 
 

niedziela, 11 listopada 2012

Różne Niepodległości

Niepodlegli równemu dla wszystkich prawu, prawdzie, niepodlegli sumieniu, niepodlegli żadnej etyce, której centralnym punktem nie jest własny interes, niepodlegli nawet tresowanym przez siebie wyborcom - maszerują z Bulem.

Ku zapomnieniu i nowej, jak wierzą, lepszej przyszłości, w której nikt im już nie będzie przypominał, dokąd naprawdę maszerują. Jeśli historia lubi się powtarzać, jeśli to w rzeczywistości marsz w przeszłość, lepiej ich zdaniem o tym nie wiedzieć.

Niepodlegli kłamstwu, zapomnieniu, zniewoleniu i szyderczym, wirtualnym klatkom dla obłąkanych, znużeniu niekończącym się marszem, idą każdy z osobna, dla siebie. Bo oni wiedzą dokąd zmierzają, jaki jest cel, u którego spotkamy się wszyscy.

I dzięki temu zawsze są razem. Nawet gdy czasem nie mogą siebie w kłębiącym się, specjalnie aby ich zdezorientować organizowanym tłumie, nawzajem dostrzec.

I są jeszcze niepodlegli żadnej, wyższej idei, żadnemu wysiłkowi, który ma celu coś tak dla nich niepojętego, jak dobro wspólne, wspólną, zorganizowaną za ich zgodą aktywność na poziomie powyżej rodziny i najbliższych znajomych, którzy tylko na to wszystko patrzą.

Jak przydrożne kamienie, które w końcu zostaną rozbite na kruszywo pod budowę nowej drogi.

czwartek, 8 listopada 2012

Antysemici i Drzwi od Stodoły





To porównanie w znakomity sposób ilustruje cały film i jego — delikatnie mówiąc — luźny związek z prawdą i zdrowym rozsądkiem. Otóż rzeczywiście pan Zbigniew Romaniuk, wspaniały historyk i działacz społeczny, już w latach 80. zaczął restaurować stare macewy w Brańsku, za co mu cześć i chwała. W filmie Pasikowskiego aktor grający postać wzorowaną na Romaniuku został jednak zadręczony i ukrzyżowany (!) przez owładniętych antysemickim szałem polskich sąsiadów. Wcześniej zarąbali mu siekierą psa i spalili zbiory. Tymczasem w rzeczywistości prawdziwy Romaniuk został... przewodniczącym Rady Miasta Brańsk. Jest dziś najbardziej szanowanym i znanym mieszkańcem miejscowości. Właśnie tak ma się „Pokłosie” do rzeczywistości. Ten film to nie ilustracja prawdy, ale ekranizacja publicystycznych tez Jana Tomasza Grossa, tyle, że zwulgaryzowanych i sprymitywizowanych przez Pasikowskiego."



Zwracam uwagę na kuriozalną wypowiedź zatrudnionego w IPN "historyka".

Po jej lekturze zaczynam się na poważnie zastanawiać, czy nie stanąć w jednym szeregu z SLD, domagając się likwidacji IPN. Niejaki Persak jest bowiem żywym dowodem na to, że ta instytucja zaczyna się przekształcać w twór iście orwellowski, którego dalsze istnienie może przynieść Polsce wyłącznie szkody. A może persakom o wywołanie takiego właśnie wrażenia chodzi?

O samym filmie ubeckiego reżysera, który znalazł wreszcie miejsce na realizację swoich najskrytszych marzeń w rosnącej w siłę, ubeckiej Polsce, pisał nie będę. O takich rzeczach, jak o każdej, jawnej agresji, nie ma co pisać czy medytować.

Z całą pewnością zresztą ze skupieniem i troską pochyli się nad dziełem i autorem Red Kłopotowski. W końcu chce przenieść do Polski pół miliona Żydów i na pewno pragnąłby ich bezpieczeństwa.

środa, 7 listopada 2012

Nie szukajmy straconych złudzeń

Czy wyniki wyborów w USA są dla Polski niekorzystne?

Biorąc pod uwagę przedwyborcze deklaracje Romneya i uchwyconą przez niewyłączone mikrofony, psią służalczość Obamy wobec Miedwiediewa, trudno ukryć, że raczej tak.

Oczywiście, co by było, nie wiemy. Ale o ile ewentualne wycofanie się Romneya z przedwyborczych obietnic można było brać pod uwagę, to wypełnienia rusofilnej polityki Obamy, a przynajmniej podejmowania tego typu, gorączkowych prób, można być pewnym. Druga, ostatnia kadencja, to czas realizacji swoich marzeń.

Ameryka gnije. Galopujące, politpoprawne odmóżdżenie elit sprawia, że coraz trudniej sformułować im czytelny, spójny i dający się odróżnić od iinnych przekaz dla wyborców. Ci z kolei, hodowani przecież przez te właśnie elity i zasilani przez kolejne falangi analfabetów z emigracji, zamienili rodzine i religię na media, a zamiast gorzkich leków mają ochotę wyłącznie na narkotyki. Skąd my to znamy?

Nie wiem, czy ponowny wybór milośnika Miedwiediewa, wierszy dziadka o Armii Czerwonej, aborcji, lewych świadectw urodzenia i pewnie jeszcze wielu innych rzeczy, o których się w ciągu najbliższych 4 lat dowiemy, jest jakimś punktem zwrotnym w historii USA. Z całą pewnością wiem jednak, że nie przyniesie on zmiany popkulturowego symbolu tego kraju z "Wuja Sama" na "Wuja Toma". Zainteresowanych odsyłam do lektury powieści Harriet Beecher Stowe. Prędzej Obama wybieli sobie skórę jak Jackson i zapuści charakterystyczną, kozią bródkę (lub ją sobie doklei), niż dorośnie do ludzkiego formatu bohatera tej powieści.

Czy to oznacza, że idą dla nas jeszcze gorsze czasy i trzeba porzucić wszelką nadzieję? Niekoniecznie. I to nie tylko dlatego, że jak już przeciez odkryli skrajni pesymiści, gorzej w naszym kraju, pod względem trawiących go procesów, już chyba być nie może.

Ostateczne pogrzebanie nadziei na "zagraniczne wsparcie", "powrót USA do Europy" itp. itd, może część ludzi otrzeźwić. Może odebrać broń esbeckim monterom, snującym tu i ówdzie bajdy o wspieranych przez USA i chroniących nas przed sowieckim zalewem, Tuskiem i jego ferajną. Przede wszystkim jednak da tym wszystkim, którym Polska nie jest obojetna wyraźny, czytelny sygnał.

Dość złudzeń, Panie i Panowie.

Tyle naszego, co sobie wypracujemy i wywalczymy. Tyle wiedzy i dobrego wychowania dla nas i naszych bliskich, ile sami o nie zadbamy. Więcej cierpliwości i determinacji, bo kto wie, czy nie będzie jeszcze trudniej. A okazja, choć nie wiadomo kiedy się pojawi, na pewno potrwa bardzo krótko.

Na szczęście ludzi najłatwiej zniechęca stagnacja, a łamią niepowodzenia w próbach poprawy kiepskiego, ale stabilnego losu. Tymczasem stabilizacja, choćby na najniższym poziomie, to chyba ostatnia rzecz, jaką obecnie rządzaca Polska mafia jest nam w stanie zapewnić. A pogarszjące się warunki budzą desperację, i to nie tylko w najbardziej aktywnych. Prawdopodobnie i ona będzie nam potrzebna.

I jeszcze słowo na temat haseł.

Błagam tylko nie - "Róbmy swoje"!

Autor tego szlagwortu, Młynarski, tak się w ostatnich latach włażąc do tyłka władzy zeszmacił, że te słowa, siłą rzeczy wciąż z nim kojarzone, nabrały już jakiejś upiornej, szyderczej wymowy.

Tak, oni rzeczywiście wciąż "robią swoje". Naszym kosztem.
 

wtorek, 2 października 2012

Akcja - "Jesień Antysemitów"

Już wiadomo, jak mają się w najbliższym czasie prezentować wszyscy, którym zachce się przeciwko III RP protestować, którzy będą się próbowali domagać odpowiedzilaności za narastający kryzys polskiej gospodarki i upadek polskiego panstwa. Jakie, wykrzywione nienawiścią gęby będą próbowały im dorobić media i propaganda.

Przygotowania w pełnym toku.

Na początek poszedł niezawodny "przyjaciel Michnika" - Gross. Tym razem w wyjątkowo dla każdego, normalnego Polaka prowokującej wersji. Reklamując się gdzie? - w Niemczech, gdyż właśnie (przypadek?) ukazało się tam niemieckie tłumaczenie jego bredni i kłamstw, zawartych w przesławnym dziele składającym się wyłącznie z antypolskiej propagandy - "Strach".

Z całą pewnością obficie o tym "sukcesie" wydawniczym wypowiedzą się polskie media, ale jego głównym zadaniem jest prawdopodobnie, na tyle na ile się uda, urobienie zagranicznej opinii publicznej. Tak na wszelki wypadek. Jakby przyszło co do czego, to przecież sami zrozumieją, że w Polsce tylko żydożerców biją. A żydożercom nie taki zamordyzm się należy.

Już niebawem na ekrany polskich kin wejdzie także ekranizacja tego antypolskiego bełkotu, zrealizowana przez znanego z ubeckich sympatii reżysera, o którym na swoje nieszczęście widzowie zdążyli już zapomnieć.

To ma z kolei zachęcić do protestów, pikiet i co się tylko da sprowokować, w Polsce. Na przykład w reakcji rodziców na masowe wycieczki szkolne na tę polskojęzyczną wersję "Polaka Süssa". Oczywiście, marzeniem byłyby oznaki entuzjazmu na widowni podczas scen mordowania Żydów.

Jak sądzę, to jeszcze nie koniec. Poza kontynuacją i twórczym rozbudowywaniem wspomnianych już wątków, może się takze pojawić jakiś, z widoczną odrazą, "bulem", ale i z gorączkową koniecznością bezustannie pokazywany w mediach i przedstawiany tam jako "polski znany działacz, polityk, pisarz (wpisz co chcesz)", manifestujący przywiązanie do tak dobrze znanego Niemcom nurtu historiozofii, opisanego choćby w dziele "Żyd Süss" z 1940 r.

Narastanie kryzysu i związanych z tym dolegliwości i kosztów dla obywateli z całą pewnością zbiegnie się również, oczywiście także całkiem przypadkowo, z powrotem legendarnych żądań wypłaty 65 miliardów dolarów odszkodowań.

I tak dalej.

Można się oczywiscie zapytać - Czy oni wszyscy zwariowali?

Czy nie zauważyli, że kastrując i odbierając samodzielność myślenia swoim zwolennikom, uczynili ich całkowicie odpornymi na jakiekolwiek masowe wystąpienia, przekraczające bezmyślne przyczepienie i odczepienie biało-czerwonej szmatki do karoserii?

Czy jeszcze do nich nie dotarło, że ich przeciwnicy, choćby uczestniczący w niedawnym Marszu, powyższe scenariusze znają już na pamięć i mają teraz przed sobą naprawdę ważniejsze cele i groźniejsze wyzwania, niż szarpanie się z nieumarłymi z szafy Michnika?

Zostają Niemcy, ale nawet znany, komunistyczny "ekspert" od spraw niemieckich, "dziennikarz" Adam Krzemiński nie jest taki głupi, żeby sądzić że wydanie i tysiąca dzieł Grossa po niemiecku może powiększyć cichą, ale powszechną, niemiecką niechęć do Polaków. Manifestowaną choćby ostentacyjną sympatią niemieckich elit politycznych wobec Tuska.

Osobiście widzę dwa wytłumaczenia. Jedno bardzo proste - strach odbiera rozum, co widać na przyklad po próbach uaktywniania niesiołowskich i zamienianiu prowokacji w zwyczajną, codzienną i nudną rutynę.

Drugie wyjaśnienie jest bardziej historiozoficzne. Każda idea i jej wyznawcy mają okres swojej "młodości", "dojrzałości" oraz starczej demencji, zwiastującej zbliżający się koniec.

Rozważając obecne przypadki, przypomniał mi się stary film "Jesień Czejenów" i oczami wyobraźni zobaczyłem Michnika w indiańskim pióropuszu na zdechłej szkapie, za nim jego giermka Grossa na ośle oraz grono wiermych nomadów, podążających przed siebie, nie wiadomo gdzie, w czymś na kształt ostatniego, wielkiego polowania lub ucieczki przed nieuchronnym. Z wiadomym końcem.

Bo historia wobec tych, którzy nie chcą się uczyć lub próbują ją pisać na nowo, bywa bezlitosna, a złodzieje, agenci, kłamcy i bandyci nie mają ani rasy, ani narodowości.

My to już wiemy, oni jak widać jeszcze nie.
 

Jarosław Donaldem zbawiony

Jarosław Kaczyński, wbrew temu na co liczą jego wrogowie i czego obawiają się jego, tak często popadający w zwątpienie zwolennicy, potrafi się uczyć. Lub ma niewiarygodne szczęście, co w polityce, gdzie umiejętność czekania na swój czas jest zaletą naczelną, w sumie na jedno wychodzi.

Powszechnie uważa się, że to Jarosław Kaczyński, zręcznie i nieodwracalnie osadzony przez zmasowaną, nad i podprogową oraz subkulturową propagandę w roli Odwiecznego Wroga i Czarnego Luda, jest jeśli nie fundamentem, to w każdym razie jednym z gwarantów spokojnych i długich rządów Tuska oraz jego komuryli. Tymczasem związki między tymi dwoma głównymi od prawie dziesięciu lat, rozgrywającymi polskiej polityki są o wiele bogatsze i bardziej skomplikowane.

Nie wolno zapominać, że to przecież Donald Tusk, lub ci co go animują, uratował Kaczyńskiego w 2005 r.

Przed czym, zapytacie?

Ano przed całkowitą kompromitacją jakichkolwiek prób reformowania Polski pod szyldem i w imię sojuszu gruźlicy ze streptomycyną, w którym obie strony powstrzymują się przed jakąkolwiek agresją wobec partnera. Kompromitacji prawdopodobnie na pokolenia, bowiem dokonanej także na oczach najwierniejszych takich reform zwolenników.

Zaraz, zaraz, powiecie, przecież Tusk takie żądania (abolicja) wobec Jarka wysuwał, a ten je odrzucił i stąd konieczność Lepperów i Giertychów, itd... No dobra, a po jasną cholerę je wysuwał? Przecież z wiernym sługą PO, Marcinkiewiczem na stołku premiera, miłośnikiem szafy Lesiaka, niejakim Rokitą w roli wicepremiera, ze wszystkimi Kaczmarkami tej ziemi i z blokującą, w razie czego wszelką, groźną aktywność legislacyjną, ferajną "parlamentarzystów" PO, mógłby się tej IV, "popisowej" RP obawiać mniej więcej tak, jak mafia pruszkowska sędzi Najjar. Przypomnijmy sobie choćby losy szwajcarskich kont SLD, i to w rządzie Kaczyńskiego bez PO.

Po co więc Tusk, lub jego animatorzy, to zrobili? Puściły im nerwy, czy chcieli PIS sojuszem z Andim i Romkiem skompromitować? W każdej z tych sytuacji popełnili spory błąd. Andiego i Romka już nie ma, przy czym ostateczne losy tego pierwszego pchnęły drugiego w tak mocne, że aż czyniące go bezużytecznym, objęcia Donalda. PIS przeszedł zaś do historii jako likwidator partii, z którymi sojusz miał go skompromitować.

A może po prostu postanowili zachować szansę takiej, nieodwracalnej kompromitacji na zacniejszą i bardziej dla nich gardłową okazję? Ale czasy się zmieniły i teraz to pytanie trzeba uzupełnić - Czyjej kompromitacji i kto teraz tak naprawdę do pomysłu skompromitowania drugiej strony wraca?

Pięć lat obłąkańczych, dewastujących Polskę rządów spowodowały, że Kaczyński znów znalazł sobie kolejnego "Marcinkiewicza" i posadził go, jak woskową lalkę wudu, Tuskowi na stole. Czy zrobił to świadomy wszelkich, płynących z tego faktu konsekwencji i zagrożeń? To już chyba bez znaczenia.

Najważniejsze, że w tej chwili Tusk jest w sytuacji bez wyjścia. Po raz kolejny musi Kaczyńskiego, choćby tego nie wiem jak nie chciał, przed nim samym uratować.

Jednak tym razem na swoją zgubę.

Po siedmiu latach dzielenia Polaków na "naszych" i podludzi, po zabójstwie Rosiaka, po Smoleńsku, o "porozumieniach ponad podziałami" w celu ratowania Polski, kolejnych odmianach POPISU czy innych "rządach technicznych" Jarosław Kaczyński może sobie opowiadać zupełnie bezkarnie. Władcy III RP na pewno nie powiedzą "sprawdzam". Łatwiej im będzie wyrzucić na śmietnik Tuska, niż przyznać człowieczeństwo Kaczyńskiemu, więc Jarek, choćby nawet nie wiem jak głęboko w to wierzył, w praktyce będzie te postulaty i propozycje po prostu wykorzystywał z bezlitosną, cyniczną i morderczą konsekwencją politycznego gracza.

Na oczach tych wszystkich, którym kolejne, coraz bardziej histeryczne odrzucanie oferty zmian, reform i ratowania tego, co się właśnie na ich oczach wali w gruzy, coraz mniej się będzie podobało. Niezależnie od tego, co o Kaczyńskim myśleli, myślą i myśleć będą.

Czy to oznacza, że zdążą przejrzeć na oczy, zanim pociągną siebie i nas w przepaść?

A, to już jest całkiem inna historia.

Czas mierzony medialną kreacją biegnie w zupełnie innym tempie, niż rzeczywisty. To co medialne i odkryte jest czasem świadomą odwrotnością tego, co się dzieje na zapleczu i pod powierzchnią a władcom, których potęga wyrosła na rabunku, strach przed odpowiedzialnością potrafi wypalić nawet instynkt samozachowawczy.

Jednego jestem raczej pewny. Ratowanie Polski nie będzie ratowaniem III RP, a upadek tej drugiej musi poprzedzić próby restytucji tej pierwszej.